Jak nie być martwym…

Szybko, z całych sił, ile tchu w płucach. Nie dał się dogonić, chciał być pierwszym, dał ponieść się emocjom. Strach mieszał się z nadzieją, rozpacz z euforią. I dopiero wtedy, gdy był już u celu, zaczął racjonalnie myśleć: co teraz zrobię, może powinienem poczekać? Zajrzał do środka. Tak! Jest pusto, leżą tylko płótna. Minęła chwila i ten, który był niczym skała, był już przy nim. Nie zatrzymywał się, tylko wbiegł do środka. On wszedł jako drugi. Zobaczył ład, spokój, porządek. I ukłuła go cisza tego miejsca, w ten piękny niedzielny poranek. Zrozumiał wszystko. Uwierzył. Serce biło jak szalone.

W nocy z czwartku na piątek bił się z myślami. Nie mógł spać. Bał się o swojego Przyjaciela. Wiedział, że Mu grozili śmiercią, ale teraz w Święta chyba Go nie zabiją, nikt ich nie poprze, przecież wszyscy Go uwielbiali. On też, miłował Go z całego serca, mógłby życie za Niego oddać… Naprawdę? Przecież uciekł, jak wszyscy. Tylko podobno Skała poszedł zobaczyć gdzie Go trzymają. Co teraz ma zrobić? Nie usiedzi na miejscu przecież. A jak go rozpoznają? Rzymianie, arcykapłani, starsi – wiedzą, kto z Nim chodził. Mogą go uwięzić, skazać, biczować. A jak stanie się najgorsze… To wróci do domu, do ojca, do pracy przy łowieniu ryb. Do starego życia.

Nie! Nie chciał wracać. Chciał żyć! Ale strach…

Przypomniał sobie jak go zawołał: „Pójdź za Mną!” I nie zastanawiał się, ruszył. Jak nazwał go „synem gromu”. Jak zobaczył Jego jaśniejącą postać na Górze Tabor. Jak widział wskrzeszone dzieci, uzdrowionych chorych, uwolnionych opętanych, nakarmionych głodnych. Jak wieczorem jedli razem posiłek i On oddał im swoje Ciało i Krew. Oddał im swoje Życie. Tylko z Nim czuł, że żyje…

Podjął decyzję, ostatecznie i ze wszystkimi konsekwencjami.

Został z Nim. Do końca. Do śmierci na krzyżu. I choć wokoło panowała śmierć, to on czuł, że tam powinien być.

Umarł dla siebie, żeby żyć dla Niego. Nie bał się więzienia, śmierci. Wszystko to miał za nic. W takich chwilach, kiedy śmierć ociera się o życie, inne rzeczy stają się ważne. Można wtedy dostrzec, że to, co dotychczas było wartościowe, wcale aż tak potrzebne nie jest. Kiedy ktoś jest odarty ze wszystkiego, dostrzega co jest wartością, co najważniejsze.

Wieczernik pełen zalęknionych uczniów był jak grób, bez życia. Pełen smutku, łez, wyrzutów sumienia, zawiedzionych nadziei. On wiedział, że nic nie stracił. Wszystko czego doświadczył potwierdzało, że Wszechmocny złożył w ofierze Baranka i Jego krew nie będzie przelana na próżno. Jego Przyjaciel umarł, a on zaczynał rozumieć, po co żyje.

Nie wiedział, co teraz będzie, nie był w stanie sobie tego wyobrazić, ale był pewien, że to nie koniec.

Ten, który Jest nie da zwycięstwa śmierci. Tak jak po zabitym Ablu pojawiali się kolejni sprawiedliwi, jak związanemu Izaakowi nie pozwolił zrobić krzywdy, jak opiekował się sprzedanym i więzionym Józefem, jak uratował Mojżesza z fal rzeki i mieczy żołnierzy faraona, jak uwolnił swój Lud w noc Paschy. Tak śmierć Sprawiedliwego wyda plon.

Tuż po wschodzie słońca przybiegła jedna z tych, które trwały przy Nim do końca. Była pełna niepokoju, z wiadomością, która ich zmroziła. Wybiegli obaj, ten skalisty i on, syn gromu.

W chwili śmierci ich Przyjaciela zatrzęsła się ziemia, księżyc przysłonił słońce, Święte Świętych zostało odsłonięte, widziano wielu pobożnych umarłych, jak wyszli ze swych grobów. To się nie mogło tak skończyć, nie mogła wygrać śmierć. Najwyższy jest Panem żywych, a nie umarłych.

I w ten piękny niedzielny poranek zrozumiał wszystko. Uwierzył Wszechmocnemu. Serce biło mu jak szalone. Chciał żyć w pełni, tak jak przez ten czas, kiedy był przy Nim. I teraz czuł, że to jest to. Że żyje On, że Jego grób jest pusty. I że żyje on sam, żyje pełnią, bo choć wszystko stracił, to zyskał nieporównywalnie więcej. I już się nie bał, krew pulsowała w żyłach, serce kołatało, bo zwyciężyło Życie.

Można żyć, ale pozostawać w grobie jak umarły. Ale można też wstać z martwych, żeby żyć naprawdę. Jak Jan, syn Zebedeusza, brat Jakuba, rybak, który stał się synem gromu i umiłowanym uczniem, stojącym do końca pod krzyżem swojego Przyjaciela i Mistrza, biegnącym do pustego grobu. Jan żył na maksa, „na pełnej petardzie”, pełnią swojego serca, niczego nie żałował. Zaufał, pokonał swój strach i reszta jego długiego życia była konsekwencją tych wyborów. Mógł potem pisać w swoich listach o Bogu, który jest Miłością i o tym, że „doskonała miłość usuwa lęk”.

Śmierć, mrok, zło, krzyże mojego życia nie muszą być do końca, na zawsze. Bo jeśli zaufam Bogu, mogę zacząć w końcu czuć, że żyję. Można zacząć od dziś. Zrobić coś, o czym się od dawna marzyło, zakochać się, wyjechać w upragnione miejsce. Wstać wcześnie rano, by zobaczyć wschód słońca, przebaczyć temu, który mnie krzywdził, przytulić swoją babcię, pomóc bezdomnemu. Wejść do kościoła na adorację, wyciszyć myśli zagonione. Nie potrzeba wiele.

Mamy gwarancję, że można żyć prawdziwie. Są nią pusty grób i Żyjący, którego nie zatrzymała śmierć. Kto żyje dla Niego, nie traci swojego życia, tylko zyskuje jego nową jakość. Taką, jaka mu się nie śniła.

Iwo

———————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————–

Jesteśmy Pokoleniem Jana Pawła II. W czasach skrótów, twittów i hasztagowania wszystkiego #pokolenieJPII. Urodzeni w latach 80 i 90 ubiegłego (tak, tak…) wieku. Wzrastający przez lata dzieciństwa i młodości w rzeczywistości, gdy dla nas Papieżem „zawsze” był Polak. W Roku Świadectwa, 39 lat po wyborze Karola Wojtyły na Papieża, 15 lat po Jego ostatniej pielgrzymce do Polski, 12 lat po Jego śmierci i 3 lata po kanonizacji, tworzymy tego bloga, aby dać świadectwo. Świadectwo, że jesteśmy, że żyjemy, że wierzymy. Aby zabrzmiał głos „Pokolenia JPII”. Bo Pokolenie Jana Pawła II żyje, wierzy, szuka, kocha, marzy, pragnie, czuje, myśli, tworzy… Naprawdę jesteśmy! Jan Paweł II najbardziej lubił wtorki. W każdy wtorek Głos Pokolenia JPII o życiu, o wierze, o wszystkim … zabrzmi na tym blogu!

Dominika, Gosia, Iwo, Kuba, Magda, Mateusz … i Ty(?)

Print your tickets